zero waste to nowy kulinarny trend czy odgrzewane kotlety?

Znasz określenie „zero waste”? To filozofia kulinarna która zmierza do tego, aby wykorzystać w kuchni wszystko, co się da. Podobno to nowy trend w kulinariach i absolutny hit. Ale czy na pewno? Czy faktycznie taki nowy? Jak dla mnie to trochę odgrzewanie kotletów, tylko pod inną nazwą.

zero waste to nowy kulinarny trend czy odgrzewane kotlety?

 

„Gotuję, nie marnuję”, czyli taka kuchnia zero waste – to już było

 

„Zero waste” to filozofia, która ma na celu wykorzystywanie produktu do maksimum i generowanie jak najmniejszej ilości odpadów. Teoretycznie geneza powstania tego nurtu ma swoje oparcie w ekologii, a przy okazji oszczędności. Moim zdaniem to jednak po prostu punkt widzenia się zmienił, a „zero waste” nie jest niczym nowym. Oczywiście jestem jak najbardziej za tym, aby wyrzucać jak najmniej jedzenia, ale zdecydowanie nie zgodzę się z określeniem „nowy trend”.

„Nie marnuj jedzenia” to słowa, które każdy z nas pewnie nie raz słyszał już w czasach dzieciństwa (ło matko z córką, kiedy to było? 😉 ). Kolejne moje „ulubione” zdanie to „dojedz resztki po obiedzie, bo chcę umyć gary”. To słyszałam od Mamci zawsze tak z pół godzinki po obiedzie, jak już byłam obżarta, a te „resztki” to zazwyczaj była po prostu kolejna spora porcja obiadu. Jednak przesłanie zawsze to samo – nie marnować, nie wyrzucać żarełka. Jak więc teraz mam uwierzyć, że to całe „gotuję, nie marnuję” jest nowością?

No tak, czasy się zmieniają. Ogarnął nas szeroko pojęty konsumpcjonizm, wszystko jest bardziej dostępne, teoretycznie tańsze, a do tego my jesteśmy bardziej leniwi i wybredni. Kiedyś nie jeden dzieciak grymaszący przy stole słyszał „jedz, jak masz”, lub coś w stylu „tobie chyba dawno bieda w dupę nie zajrzała, że tak wybrzydzasz”. Nie to, żeby mi ktoś tak mówił, o nie. U mnie nie było gotowania trzech obiadów, bo każdy woli co innego. Albo zjadłam to, co dostałam, albo trzeba było sobie jakoś poradzić. Czasem kończyło się zjedzeniem kartofli z modrą kapustą i polanych sosem (nie lubiłam za dzieciaka mięs z kością), czasem polewaniem ziemniaków w mundurkach samym sosem od śledzia w śmietanie, ale jadłam to, co było.

Pamiętam też jak były chudsze czasy i Tato robił często na obiad zapiekanki „na winie”, czyli ze wszystkiego, co się nawinie. Gospodynie starszej daty świetnie znają takie dania. Jakiś kawałek kiełbaski, który się gdzieś w lodówce zapodział, pyrki z poprzedniego obiadu, jakieś warzywko, przyprawy, to wszystko zalane masą z bliżej nieokreślonych składników (byle skleiło) i było pyszne danie.

Rada: Spróbuj policzyć ile kasy wydajesz na jedzenie. Pewnie wyjdzie całkiem dużo. Warto sprawdzić gdzie się popełnia błąd. Najczęściej kupujemy za dużo jedzenia (i potem wyrzucamy).

 

Od nosa do ogona, czyli jak nie marnować mięsa

 

Dlaczego myślimy, że „zero waste” to nowość? Między innymi dlatego, że w związku z wyżej wspomnianym konsumpcjonizmem zmieniły się nasze zwyczaje i świadomość produktu. Całkiem niedawno „nowością” był trend „od nosa do ogona”, czyli wykorzystywanie mięsa jak tylko się da. Ujęłam słowo nowość w cudzysłów, bo mówiło się o nim głównie w kontekście restauracji, ale fakty są takie, że dawniej panował także w domowych kuchniach.

Kiedyś nie szło się do rzeźnika po same piersi z kurczaka. Dawniej kupowało się całego świniaka (lub na pół z sąsiadem), dzieliło na porcje, zjadało wszystko. Podroby, karkóweczka, goloneczka… Kurczaki też wykorzystywało się w całości. Wtedy to dopiero było „zero waste”! A teraz? Teraz idziesz do sklepu, kupujesz gołe piersi kurczaka i obnosisz się dumą, że udało ci się zjeść całe i nie wyrzucić… Ok, no cóż zrobić, takie czasy. To trochę nasza wina, że zwierzęta nie są już hodowane, tylko właściwie produkowane jak w fabrykach.

Chciałabym cię tylko prosić o jedną rzecz. Gdy ktoś z twoich znajomych powie, że chce spróbować serca wołowego lub wieprzowej wątróbki, to dwa razy się zastanów, zanim powiesz „fuuuuj, nie jedz tego, to ohydne!”. Dlaczego? Wyobraź sobie, że jesteś na wakacjach np. w Afryce. Łapie cię plemię kanibali. Tuczą cię na jakiejś gównianej paszy sojowej, walą sterydy i antybiotyki. Marzysz o chwili,w  której cię w końcu ubiją, bo nie widzisz słońca już od tygodni, dupcia cię boli od siedzenia w klatce, a do tego nie masz najmniejszej ochoty żreć tego szajsu, który ci sypią do michy. Przychodzi ten dzień, udało ci się przecierpieć, w końcu cię ubiją i zjedzą! Jakiś facet wyciąga cię z klatki, prowadzi na stół „rzeźnika”. Rzeźnik obcina ci cycki, zabiera i idzie sobie w siną dal. Tak, tylko dwa cycki. Dlaczego? Bo wątroba fuuuj, bo płuca fuuuj (i to nie jest aluzja do niezdrowego trybu życia). Nereczki? Nie, bo śmierdzą… Noga, ręka? Nie, bo to z kością, a im się nie chce z tym brandzlować. Co by ci przyszło do głowy w czasie, gdy bez tych piersi dogorywasz na rzeźnickim stole? Ja pewnie bym pomyślała „kur…, tyle cierpienia dla dwóch cycków? Przecież mogli mi je obciąć, zeszyć i puścić wolno…”. Trochę to przerysowana historia, ale ma na celu dać ci troszkę do myślenia.

Kiedyś jadło się wszystko. Całe mięcho, podroby, nawet jelita wykorzystywało się do produkcji kiełbasy. Teraz gustujemy w polędwiczkach i piersiach. Na szczęście jest w Polsce facet, który pokazuje, że niemal cała krowa czy świnia jest jadalna, nazywa się Walenty Kania i prowadzi w tv program „Kuchnia dla odważnych”. Jego food-truck serwuje takie smakołyki jak kanapka z byczymi jądrami, przepona wołowa i wiele innych. Ja sama skusiłam się kiedyś na te bycze jaja i jeszcze dostałam opierdziel, że wszyscy jedzą to samo 😉 Jedyne, co mnie znowu gniecie, to określenie „kuchnia dla odważnych”. Najwyraźniej teraz wszyscy jesteśmy tchórzami, bo kiedyś się po prostu tak jadło… 

Rada: Jeśli kupisz w sklepie kurczaka rosołowego, to dobry dostawca wsadzi mu do pupki woreczek z podrobami. Nie wyrzucaj ich, tylko dodaj do rosołu, będzie jeszcze lepszy!

 

Sałatka z liści rzodkiewki, pesto z naci marchwi – znamy to od dawna

 

Wykorzystanie młodych liści rzodkiewki czy naci marchwi – kolejna rewelacja, kolejna nowość… Ale czy na pewno? Ja sałatkę z młodymi liśćmi rzodkiewek znam już od kilku lat. Przepis na polędwiczki wieprzowe z pęczakiem z dodatkiem młodej naci marchwi wrzuciłam na bloga prawie dwa lata temu. Niestety nie cieszył się zbytnim powodzeniem, zdjęcie mi się nie podobało, to go usunęłam. Gdybym wiedziała, że nagle społeczeństwo się przebudzi, że przecież nie trzeba wywalać ton jedzenia (i tym sposobem przeżerać całej wypłaty), to bym po prostu zmieniła zdjęcie 😉

Warzywa to kopania kreatywności. Niestety często nie jesteśmy świadomi które części warzyw są jadalne, a które nie. Ja też nie jestem alfą i omegą, cały czas się tego uczę. O młodych liściach rzodkiewki dowiedziałam się od Marty Dymek. O młodej naci marchwi z resztą też. O tym, że można jeść „nogę”, czyli łodygę brokuła (o ile nie jest jeszcze łykowata) powiedział mi szef kuchni, gdy pracowałam wiele lat temu w orientalnej restauracji. Myślę, że to nie jest wiedza tajemna, tylko jak to mówią, „do lepszego się człowiek szybciej przyzwyczaja” i po prostu oszczędne gotowanie i szacunek do produktu zostały dawno temu wyparte z naszych głów.

Rada: Nie kupuj młodych rzodkiewek w sklepie, żeby mieć liście na sałatkę. Naprawdę młode liście uzyskasz w ramach samodzielnej uprawy. Możesz zasadzić rzodkiewki w korytku (podłużna doniczka) i postawić na zewnętrznym parapecie. To działa, sprawdziłam na sobie 😉 

 

No dobra, „zero waste” nie jest nowością, ale czy jest złe?

 

Absolutnie nie! To bardzo fajny trend, tylko wkurza mnie, gdy ktoś określa go czymś nowym. Jak wspomniałam, nie jest to nowość, zmienił się tylko punkt widzenia. Dawniej „gotuję, nie marnuję” było sposobem na oszczędność, a także sposobem wyrażenia szacunku dla produktu. Dla wysiłku rolnika, który wyhodował piękne warzywa, lub też dla zwierzęcia, które musiało poświęcić swoje życie, żebyśmy mogli zjeść obiad. Teraz ubiera się to w piękne ciuszki nazywane ekologią. Prawda jest jednak taka, że każdy powód jest dobry, aby nie wyrzucać jedzenia.

Pamiętaj tylko, aby nie popadać w przesadę. Fakt, daty ważności na opakowaniach są mocno ruchome, ale jak już pojawi się pleśń czy inna zgnilizna, to nie zawsze dobrym wyjściem jest odciąć zepsuty kawałek. Warto jednak czasem coś wyrzucić. Jeśli masz działkę lub znasz kogoś, kto uprawia warzywa, to może po prostu warto założyć kompostownik?

Rada: fusów po kawie zmiksowanych ze skorupkami jajek, skórką banana i wodą wychodzi świetny nawóz, sprawdzone 😉

A jaki jest twój pogląd na temat trendu „zero waste”? Bardzo mnie to interesuje, bo zamierzam się bardziej zgłębić w tematy gotowania bez przejadania wszystkich pieniędzy. Jeśli więc masz jakieś przemyślenia czy pytania, to wal śmiało w komentarzach lub wysyłając mi wiadomość 🙂

Podobne wpisy