Jak przebiegłam swój pierwszy maraton?

opycha.pl

Maratonka -podobno mogę tak już o sobie mówić. Ja nigdy nie oswoiłam się z tym określeniem, choć przebiegłam maraton. Wychodzę z założenia, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc tytuł maratonki zostawię dziewczynom, dla których ten dystans jest czymś bardziej normalnym. Nie zmienia to jednak faktu, że przebiegłam 42 kilometry i to nie byle gdzie, bo w Dębnie, polskiej stolicy maratonów!

Skąd w ogóle pomysł, żeby przebiec pierwszy maraton?

Gdy zaczęłam pracę w korpo, szybko przybyło mi sporo kilogramów. Stołowanie się w pobliskim McDonald’s, siedzenie w robocie całymi dniami i brak ruchu dały się we znaki. Nie tylko zmienił się mój wygląd, ale też pojawiły się bóle pleców, wieczne zmęczenie i marudzenie. I wtedy weszła ona, cała na sportowo, Ewa Chodakowska. Robiłam jej treningi 6 razy w tygodniu, ale już trochę zaczęły mi się nudzić. Czasem po skończonym treningu tak buzowałam energią, że się wahałam, czy nie polecieć od razu z drugim. To był znak, że chyba czas podnieść sobie poprzeczkę. Padło na bieganie, którego szczerze nienawidziłam. O ile w podstawówce jeszcze ok, o tyle w gimnazjum nie dawałam rady. Mój nauczyciel wychowania fizycznego był tak zajebistym pedagogiem, że w ogóle nie przeszło mu przez myśl, aby polecić mi zmianę obuwia. No bo sorry, ale w trampkach to ja nawet dziś bym nie dała latać dookoła stadionu. Łatwiej mu było powiedzieć, że jak mnie boli, to mam przynieść zwolnienie od lekarza. No ale trudno, nie każdy jest dobry w swoim zawodzie. W każdym razie intuicyjnie z Ewy Chodakowskiej przerzuciłam się na bieganie.

Każdy kiedyś zaczynał…

Na początku było strasznie. Robiłam co drugi dzień marszobiegi blisko domu. Byłam w dobrej formie fizycznej, więc zadyszka i pot lejący się po plecach sugerowały mi, że robię jakieś mega dystanse. Jak się później okazało, robiłam marszobiegiem ok. 800 metrów i byłam zziajana jak te grube chłopaki z „Kanapowców”. I to właśnie było fajne wyzwanie! Stopniowo latałam dłuższe dystanse, aż zapisałam się na półmaraton. Pierwszy to były mega emocje. Drugi wciąż zabawny. Trzeci? No przebiegłam, ale już nie było takiej frajdy, jak przy pierwszym. Zapytałam wtedy mojego kolegę maratończyka, czy myśli, że mogę w ogóle spróbować zrobić maraton. Powiedział, że nie widzi przeszkód, tylko warto się przygotować. W międzyczasie przyszło mi do głowy, że to by był też fajny prezent dla samej siebie z okazji 31. urodzin!

Jak przebiegłam swój pierwszy maraton?
Mam wiele medali z zawodów biegowych, ale ten jest dla mnie najważniejszy!

Dlaczego wybrałam maraton w Dębnie?

Biegałam już od jakiegoś czasu, więc wiedziałam, w jakich warunkach powinnam trenować, żeby w ogóle były szanse na dobiegnięcie do mety. Laik by pomyślał, że wybrałam lato, bo tak fajnie, ciepło. Nic bardziej mylnego! Wiedziałam, że potrzebuję ok, pół roku przygotowań, policzyłam więc, że najlepsza na start będzie wiosna. Zacznę plan treningowy jesienią, potem nieco cięższy etap zaliczę zimą, a start będzie w ciepłej atmosferze, ale nie w upalne lato. Latem wcale nie biega się tak fajnie. Najgorzej, jak ktoś jeszcze wpadnie na szalony pomysł, aby w słoneczny dzień biegać koło południa. Bardzo łatwo wtedy o zasłabnięcie. Drugie kryterium -mój kolega tez musi jechać na ten maraton. Sama bym się nie odważyła. Mimo iż Marcin biega dużo szybciej ode mnie i było oczywiste, że nie spotkamy się na trasie, to jednak jakoś raźniej. Dla Marcina nie mógł to być pierwszy lepszy bieg, bo „zbierał starty” do korony maratonów polskich. Padło na Dębno. Marcin tam biegł, zawody były 2 kwietnia (2017 r.), więc wszystko wydawało się super zgrywać. Był tylko mały zgrzyt…

Jak spadać, to z wysokiego konia!

W Dębnie był krótszy limit czasowy na dobiegniecie do mety. Wynosił 5 godzin. Zwykle to przynajmniej 6 godzin. Pojawiła się więc wątpliwość, czy zdążę przebiec te 42 kilometry w 5 godzin? Ok, umiałam biegać daleko, ale nigdy nie biegałam szybko… Cóż, musiałam spróbować, żeby się tego dowiedzieć!

20-tygodniowy plan przygotowań do maratonu

Marcin podrzucił mi plan treningowy, który był rozłożony na 20 tygodni. Strasznie długo. Tak długo to ja przygotowywałam się chyba tylko do matury i to głównie dlatego, że szkoła to na mnie wymusiła. Problem u mnie polega na tym, że zwykle na początku się bardzo jaram, a po jakimś czasie zapał znika. Tutaj na szczęście udało się wytrwać do końca, ale nie obyło się bez trudności.

Pierwsza przeszkoda na drodze do maratonu

Już po około miesiącu musiałam na chwilę przerwać plan. Pojechałam jak co roku na deskę we włoskie Alpy i nie wzięłam pod uwagę, że tam są dużo trudniejsze warunki do biegania. O ile zimno mi kompletnie nie przeszkadzało, bo w Polsce zdarzało mi się biegać przy -12 stopniach, o tyle położenie względem poziomu morza już dało się we znaki. Pierwszy bieg w Alpach powinien objąć chyba 15 kilometrów. Udało mi się przebiec 8, z dużymi trudnościami. Czułam się do bani, a pierwszy maraton zaczął mi się wydawać poza zasięgiem. Wtedy jeden z kolegów, który był w Alpach, powiedział, że podziwia, bo on nie wie, ile by dał radę w takich warunkach. A że był triatlonistą, to naprawdę połechtał moje ego. Potem skontaktowałam się z Marcinem i poradził, żeby wakacje traktować jak wakacje, a po powrocie robić treningi z jeszcze większym zaangażowaniem. Posłuchałam i tak właśnie zrobiłam.

Drugi problem przed pierwszym maratonem

Pobiegałam, pobiegałam i po niedługim czasie się skończyło. Przywlekła się jakaś infekcja i przez około miesiąc nie byłam w stanie biegać. Tzn. mogłam, ale to by były bardzo męczące marszobiegi. Przeszło mi nawet przez myśl, że to jakiś znak od opatrzności, żebym sobie odpuściła. Tylko odpuścić zawsze można, a przebiec swój pierwszy maraton już nie. Cierpliwie czekałam, aż mi się stan zdrowia poprawi i wróciłam do regularnych treningów. Problem polegał głównie na tym, że zwykle nie nadrabia się tego, co przepadło, tylko leci dalej zgodnie z rozpiską. O ile tydzień przerwy na wakacje nie był taki straszny, to jednak miesiąc walki z infekcją obejmował już 20% planu treningowego. Zacisnęłam zęby i mówię „Dobra, powiedziałam A, to muszę powiedzieć i B, lecimy z tym koksem!”. Wróciłam do treningów, na początku było ciężko, wiadomo, ale szybko się oswoiłam. Biegałam 3 razy w tygodniu i dystanse były całkiem znośne. W dni powszednie wypadało mi zwykle od 8 do 15 kilometrów. Najdłuższe wybiegania przypadały na niedziele. Czasem to było 20 km, czasem 30. Brzmi ciężko? 30 kilometrów to dla wielu biegaczy tzw. „ściana”, czyli moment, w którym zaczynają się poddawać. Dlatego właśnie ważne dla mnie było, aby na treningach do tej ściany dobiec i się przyzwyczaić.

Podczas przygotowań do swojego pierwszego maratonu korzystałam z tego planu treningowego

Start i trzecia przeszkoda na drodze do mety

Dasz wiarę, że kilka dni przed samym maratonem złapałam kolejną infekcję? Bardzo się wtedy wkurzyłam! Od zawsze mnie uczyli, że jak człowiek się źle czuje, to nie robi treningów, nie biega zawodów, tylko kładzie się do łóżka. Było mi strasznie żal czasu i energii, które poświęciłam na przygotowania. Postanowiłam, że trudno, lecę do apteki, kupuję spray do nosa, bo oddech najważniejszy, a z resztą sobie jakoś dam radę. Nie mogłam odpuścić. W dniu zawodów zapsikałam się tym sprayem tak, że już chyba do końca życia zatoki nie powinny mi się zatykać! Stanęłam na starcie, a po sygnale ruszyłam w tę 42-kilometrową podróż na piechotkę…

Jak przeciętny człowiek zamienia się w małpę?

Nie pamiętam już, czy miałam ze sobą na maratonie żele dla biegaczy. Raczej tak, ale chyba szybko wszystkie zeżarłam. I wtedy jakoś tak przychylniej zaczęłam patrzeć na kostki cukru, które były rozłożone w wyznaczonych punktach. Miałam jeszcze do wyboru banany, ale w mojej sytuacji rzucie banan w trakcie biegu odpadało. Na początku tym cukrem gardziłam, nie lubię jego smaku. Jednak jak wspomniałam, gdy głód energetyczny mi w tyłek zajrzał, kostki cukru zaczęły wydawać się bardzo atrakcyjne. W pewnym momencie żarłam je jak małpa kit!

Jak jedna maratonka mogłaby utrzymać całą sieć Toi-Toi’ów?

Gdyby na mecie maratonu przyznawali jakieś ksywy na podstawie stylu biegania, to z pewnością zostałabym „toaletową królową”! Tak się bałam niespodzianek fizjologicznych, że przy każdej możliwej okazji zaglądałam do Toi-Toi’a. Oczywiście niepotrzebnie, bo choć się regularnie nawadniałam, to biegnąc 42 kilometry w ładnej pogodzie, sporo tej wody po prostu wypacałam. Pocieszenie takie, że nie biegłam na czas. Zależało mi tylko na tym, aby ukończyć bieg i dostać medal. Jak wspominałam wcześniej, nigdy nie biegałam szybko, więc zdobycie mety mi w zupełności wystarczało. Myślę, że gdyby ktoś pobierał opłaty za ubikację, to bym do dziś spłacała należność… 😉

Co się nie dobiega, to się dowygląda!

Wiesz, co najlepiej zapamiętałam z całego biegu? Ktoś z widowni rzucił tekstem „Ta przebiegła Terenową Masakrę, to i z maratonem sobie poradzi!”. Uśmiałam się po pachy, a jednocześnie ręka mnie zaswędziała, żeby przyłożyć. To brzmiało jak uwaga na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”. Już spieszę z wyjaśnieniem… Biegłam w koszulce, którą dostałam w pakiecie startowym na biegu z przeszkodami. Miała bardzo wygodny fason i dobry materiał, więc po prostu lubiłam w niej biegać. Nie zmienia to jednak faktu, że maraton a bieg z przeszkodami to dwie zupełnie różne sprawy. W tym drugim prawie nie ma biegania, za to trzeba pokonywać różne dziwne przeszkody. A maraton to przecież 42 kilometry czystego biegu. Absolutnie nie ma co tego do siebie porównywać. Plus taki, że ten tekst padł akurat wtedy, gdy już zmagałam się z moją „ścianą”. U mnie wypadła już chyba na 28 kilometrze. Już się zaczęły przerwy na marsz, cukier wchodził jak złoto, a do punktów z nawadnianiem podchodziłam spokojnie jak do szwedzkiego stołu. Pojawiały się pierwsze myśli „trudno, najwyżej nie dostanę medalu”. Bo musisz wiedzieć, że w zawodach biegowych zwykle medal dostaje każdy, kto przekroczy metę i zmieści się w limicie czasowym. Nie trzeba być pierwszym, drugim czy trzecim, żeby poczuć się zwycięzcą.

Im bliżej mety, tym gorzej…

Gdzieś słyszałam, że według statystyk poddajemy się albo na samym starcie, albo tuż przed osiągnięciem celu. Coś jest na rzeczy. Nie złamała mnie pierwsza przeszkoda. Druga też nie. Nawet niedyspozycja w dniu startu mnie nie zatrzymała. A im byłam bliżej przebiegnięcia tych 42 kilometrów, tym mniej wierzyłam, że mi się uda. Tuż przed samą metą spojrzałam na zegar i po prostu zaczęłam wędrować. Poddałam się, bo myślałam, że już nie zdążę. Nagle na trasę wybiegła jakaś kobieta, zupełnie dla mnie obca i zaczęła krzyczeć „Dalej, leć, masz już tylko kilka minut i zaraz się nie wyrobisz!”… Zrobiło mi się po prostu łyso! Tak łyso, gdy podczas pierwszego półmaratonu biegałam w deszczu i wietrze, pod górę, użalałam się, po co mi to było, aż zobaczyłam, jak facet przede mną podbiega pod górę za rękę ze swoją kobietą na wózku inwalidzkim. Nagle mi nogi zaczęły szybciej latać, tyłek stał się troszkę lżejszy, no i… Dobiegłam! Chyba 2 minuty przed końcem czasu. Czy było mi przykro, że tak na ostatnią chwilę? Ni cholery! Cel został osiągnięty. Na mojej szyi został zawieszony medal. Nie byle jaki, bo zdobyty w polskiej stolicy maratonów!

Czy myślałam o kolejnych maratonach?

Gdy przekroczyłam metę, pierwsza myśl brzmiała „Nigdy kur** więcej!”. Jakieś pół godziny później, gdy jechaliśmy autem do naszej kwatery, zaczęłam już liczyć, w jakie daty celować z kolejnym maratonem, żeby sobie trochę odpocząć, a potem zdążyć z przygotowaniem. Okazało się, że Marcin biegnie wczesną jesienią, co bardzo mi pasowało!

Pierwsza przeszkoda do drugiego maratonu…

Niestety w międzyczasie mój tata zaczął ciężko chorować. Na początku jeszcze wierzyłam, że wrzesień jest do realizowania. Niestety minął miesiąc, który miałam zaplanowany na odpoczynek, a ja dalej nie miałam głowy do biegania. Tym razem skupiłam się na innym maratonie do pokonania, czyli powrocie taty do zdrowia. Niestety do tej mety nie dobiegliśmy, ale myślę, że te 20 tygodni przygotowań do pierwszego maratonu i tak mi bardzo ułatwiło walkę o zdrowie taty. Regularne, ciężkie treningi uczą pokory, wytrzymałości, hartują ducha. Bez takiej podstawy prawdopodobnie byłoby mi w tamtym okresie trudniej. Pewnie jeszcze w nie jednej walce mi ten pierwszy maraton pomoże!

A może by…

Mój tata zmarł już 4 lata temu, więc teoretycznie zdążyłabym już przebiec kilka kolejnych maratonów. Niestety każdy przeżywa taką stratę inaczej. Jeszcze przez moment próbowałam się pocieszać treningami, ale nie miałam do nich serca. Kompletnie zarzuciłam aktywność fizyczną, za to rozsmakowałam się w niezdrowym jedzeniu. Dziś, po tych 4 latach jestem „bogatsza” o 20 kilogramów, więc na razie maraton jest poza moim zasięgiem. Co prawda Marcin tak skutecznie mnie rok temu podpuścił, że z okazji Nowego Roku postanowiliśmy przebiec maraton w Walencji (Hiszpania). Pomyślałam, że to będzie super kop, aby się w końcu ogarnąć i wrócić do formy (nawet byłam trochę lżejsza). Niestety na salony wkroczyła pandemia i całe plany szlag trafił. Zaczyna się powoli tlić iskierka, żeby zrobić półmaraton, ale już nie chcę sobie obiecywać, a potem nie dotrzymywać słowa. Na dobry początek chcę wypracować regularność treningów i wrócić do formy. W końcu mam dopiero 35 lat, więc trochę głupio być sprawną tak, jak bym miała 80.

Ten wywiad pokazuje, że dla niektórych nie ma rzeczy niemożliwych i jest dla mnie niesamowitą inspiracją!

A gdyby podnieść poprzeczkę?

Zaczynam się też jarać triathlonem. Niestety nie mam ani tyle czasu, ani zasobów finansowych, żeby zabrać się za temat. A przede wszystkim nie umiem pływać! 😀 Nie przeszkadza mi to jednak w czerpaniu inspiracji od triatlonistów. Wiesz, że to nasz rodak, Robert Karaś ustalił rekord świata w potrójnym Ironman’ie? W 2018 roku poprawił rekord świata o niemal godzinę! Przypomnę tylko, że potrójny Ironman to ponad 11 km pływania, 540 km jazdy rowerem i ponad 126 km biegu. Masakra, co? A on to robi! U mnie obecnie jakikolwiek triatlon to sfera marzeń, bo jak wspomniałam, nie umiem pływać. Do tego boję się wody. Kto wie, może kiedyś się nauczę?

5 1 głosuj
Oceń wpis
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Tomek
1 miesiąc temu
Oceń wpis :
     

Przeczytałem 😃 i bardzo mi się podobało. Z takim podejściem, możesz osiągnąć sukces w każdym zadaniu, jakiego się podejmiesz. Niewiele osób wie, że trzeba czasu i pracy, aby coś osiągnąć. Dziś większość chce osiągnąć sukces już, teraz, od razu, a tak na prawdę wszystko wymaga czasu, zaangażowania i cierpliwości. Na dodatek nie sam cel jest najważniejszy, a droga którą do niego podążamy i z kim podążamy. Dlatego idę na spacer z Gosią, 5k i będziemy w miejscu gdzie nie da się dojechać samochodem. Dobrego dnia.

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda Dowiedz się więcej

Polityka prywatności i cookies

2
0
Chętnie poznam twoje zdanie, zostaw komentarz!x
()
x