Jak ja zapamiętam Bourdaina…

29 czerwca 2018opycha.pl

Można powiedzieć, że długo zwlekałam z tym wpisem. Nawet teraz nie jestem pewna, czy pisanie o Anthonym Bourdainie jest ok. Dlaczego nie jestem pewna? Bo to chodliwy temat, znany kucharz popełnia samobójstwo… Nie chciałabym jednak szukać sensacji czy pisać płaczliwego tekstu o tym, że opuściła nas kolejna fantastyczna postać. Chciałabym pokazać jak ja zapamiętam Thonego Bourdaina i dlaczego uważam, że był to kawał zajebistego skurczybyka!

jak ja zapamiętam Bourdaina...

NAJWAŻNIEJSZA JEST OSOBOWOŚĆ, NIE OSOBA

Jakie emocje przekazują Ci programy w telewizji prowadzone przez kucharzy? Wgapiasz się w ekran i krzyczysz „wow, ale sernik, chcę taki mieć!”? Patrzysz na Panią, która wygląda jak milion dolarów i trochę sztywno opowiada jak utrzymuje się w fantastycznej formie dzięki odżywianiu, choć nie jest tajemnicą, że ma karnety we wszystkich salonach piękności, jakie są w jej okolicy i myślisz „jak ona to robi”? Mnie bardziej bawi facet prowadzący program, który mówi, że chciał być gangsterem, ale ma na to za małe jaja, więc został kucharzem. Większe emocje wzbudza we mnie, gdy jedzie on w miejsca zbierające się do kupy po wojnie domowej i pyta ludzi jak udaje im się poukładać swoje życie od nowa. Robi na mnie wrażenie luźny facet mówiący o tym, co faktycznie jest istotne. Anthony umiał pokazać co jest w życiu ważne i jak ludzie po prawdziwych dramatach potrafią cieszyć się z najmniejszych rzeczy. Przy tym wszystkim potrafił też żartować z „problemów pierwszego świata”. Dlaczego tak świetnie mu to wychodziło? Bo nie skupiał się wyłącznie na czubku swojego nosa i patrzył szerzej. Ktoś może powiedzieć, że nigdy go osobiście nie poznałam, więc nie mogę mieć pewności, czy taki był. Takiej osobowości nie da się wykreować i udawać przez tyle lat.

NIE JEST WAŻNA GWIAZDKA MICHELIN, WAŻNY JEST SMAK

Najbardziej cenię Bourdeina za to, że nie wychwalał tylko wykwintnych restauracji. Nie mówił, że tylko drogie żarcie jest dobre. Nie krył tego, iż wbijanie się w garnitur po to, żeby zjeść w modnej restauracji, w której czeka się na rezerwację bardzo długo nie jest jego ulubionym zajęciem. Miał tyle dystansu do siebie i kulinariów, że umiał rzucić bluzgiem w wyrazie zachwytu nad fast-foodem kupionym w budzie, którą u nas zamknąłby Sanepid. Pamiętam, gdy pierwszy raz chwyciłam za jedną z jego książek i przeczytałam jakie to fantastyczne obserwować jednego z najlepszych kucharzy na świecie, gdy w bardzo „zmęczonej pracą” koszulce oblewa każde danie przesadną ilością foie gras… Nie jestem w stanie napisać, że Anthony był świetnym kucharzem, bo nigdy mi nic nie ugotował, ale jestem pewna, iż w jego towarzystwie jadłoby mi się znakomicie. Miał ludzkie podejście do jedzenia, naturalne, swobodne, a ja to sobie bardzo cenię. Na cholerę zachwycać się kuchnią molekularną, jeśli większą radość sprawi mi pożarcie kurczaka z KFC?

PODRÓŻE TO NIE TYLKO ZABYTKI I PIĘKNE WIDOKI

Bourdain pokazał nam inny wymiar kulinarnych podróży. Mamy w Polsce swojego Makłowicza czy Pascala, ale to zupełnie różne historie. Oczywiście szanuję obu Panów za to, co robią, nie mają oni jednak na mnie takiego wpływu, jaki miał, ma i prawdopodobnie już zawsze będzie miał Bourdain. On pokazywał coś zupełnie innego. Nie odtwarzał miejscowych przepisów, tylko trochę opowiadał o historii odwiedzanych miejsc. Thony pokazywał kulturę danego miejsca w fantastyczny sposób. Jadł z przewodnikiem, czyli osobą, która wie o odwiedzanym miejscu więcej, niż można dowiedzieć się z książek i broszurek. Jadł to, co jedzą miejscowi. Rozmawiał z lokalsami i nie bał się podejmować trudnych tematów. To pod wpływem Bourdaina zaczęłam jeść na wyjazdach rzeczy, na których wspomnienie dawniej robiło mi się niedobrze. Mój pierwszy mózg wołowy  to jego sprawka. Moja znajomość z Włoskim kucharzem to być może też jego zasługa. To, że wynudziłam się jak mops na jedynym w moim życiu wyjeździe z biurem podróży – też wina Bourdaina… No nie ma co dłużej wyliczać – Anthony Bourdain pokazywał inny wymiar podróżowania.

DLACZEGO BĘDZIE MI GO BRAKOWAŁO?

Mam jeszcze kilka książek Thonego do przeczytania, prawdopodobnie jeszcze kilka odcinków jego programów do obejrzenia. Obawiam się jednak , że nie pojawi się kolejna osobowość kulinarna, która będzie mi tak bliska. Tak, ten podstarzały rock&roll’owiec, zażerający się ociekającym tłuszczem żarciem, który tak bardzo nie lubił Dave Matthews Band i robił sobie jaja z wegan i wegetarian skradł moje serce… Zrobił to przez swoją niewymuszoną naturalność, nieszablonowość i poczucie humoru, ale przede wszystkim przez apetyt na życie. Wierzę, że miał swoje powody, aby to właśnie życie zakończyć. Chłop naoglądał się w trakcie tych blisko 62 lat tylu rzeczy, zarówno fajnych, jak i tych mniej fajnych… Pozostaje mi to uszanować. wiem jednak jedno – jeśli coś jest tam po drugiej stronie, to pewnie będę miała okazję go spotkać, gdy Thony przyjdzie dać mi burę, bo kuchnię roślinna i zespół Dave’a bardzo lubię!

Poprzedni post Kolejny post